piątek, 1 stycznia 2010

goddamn

Piątkowy wieczór. Pierwszy dzień 2010 roku. Plastelina siedzie przeziębiona z chusteczkami i bolącym gardłem. Nie żałuję biegów po północy, krzyczenia, śpiewania, czy picia na rynku. Powrót do domu o godzinie 5 też niczego sobie. Rozmowy o studiach, nadchodzącym roku. Spałam parę godzin, katar nie dał mi się wyspać. Przysypiałam przy dźwiękach placebo. Az teraz mu się zachciało Patryka, jak pomyślę, ze jest chociaż nikła możliwość jego obecności na Openerze to aż...brak słów. Jeszcze po tym jak mi ktoś powiedział, że czasami wdaje się w bliższe kontakty z publicznością. Z resztą dlaczego nie, jak potrafi śpiewać prawie nago na koncercie, nawet stojąc w tłumie fanów. Tak, przyznaje się, kolejny facet odmiennej orientacji jest bardzo ważny w moim życiu. Jego skrzypce uspokajają. (Matko przez parę godzin wypiłam dużą butelkę coli! kochana kofeino zawarta w coli, znowu bez ciebie się nie obejdę)
Bez ładu i składu przypomniałam sobie śpiewanie happysadu o godzinie 4. kurwa.


 

I itunes Tristana zapuścił, kurwa.

***

I see a small house
Built on the sea
I could live there alone
With a horse and a ukulele

Brak komentarzy: